"Na tydzień przed klasówką z matematyki" ciąg dalszy

– Zapomnij – powiedział znudzony Ściągacz. – Nie takie tęgie głowy próbowały go rozpracować i nic im nie wyszło.

          – Ale ja mam plan – odparł pełen euforii Borutko.

          – I tak ci się nie uda – rzekł przeciągle Ściągacz, ziewnął i odszedł. Nie było czym palić w piecu, więc nie miał tu już nic do roboty.

          Wtedy Borutko zaczął działać. Plan rzeczywiście był dobry. Należało zrobić wszystko, aby w tym tygodniu Tomek nie miał czasu na uczenie się matematyki. Było coś, czym można było Tomka zająć bez reszty.

 

Babcia Tomka mieszkała pół kilometra od niego. Była sama, a ponieważ rodzice byli tak zapracowani, że nie mieli dość czasu nawet dla syna, toteż od kilku już lat Tomek opiekował się babcią. Babcia była przyczyną jego stanowiska w sprawie ściągania. To ona uczyła go, że należy być uczciwym i mieć odwagę, aby przyznawać się do winy, gdy się coś nabroiło.    Ponieważ Tomek kochał babcię jak nikogo na świecie, nie mógłby wyrządzić jej swoim postępowaniem przykrości. Oczywiście, nie był idealnym dzieckiem. Czasami przychodził do domu z guzem, rozbitym nosem, czy też porwanym swetrem. Nigdy jednak sam nie zaczynał bójki i zawsze stawał w obronie słabszych, za co nierzadko obrywał tęgie lanie. Babcia, choć miała już swoje lata pomagała całej kamienicy. Tomek twierdził, że opiekuje się babcią, choć tak naprawdę, to ona nim się opiekowała. Bez babci jadłby obiad raz w tygodniu lub na stołówce, za którą nie przepadał. Ona siedziała z nimi nad lekcjami i opowiadała mu wspaniałe historie. Uczenie się z babcią było wielką przyjemnością. Matematyka była konikiem zarówno Tomka, jak i babci, która dawno temu uczyła inne dzieci tego przedmiotu. Babci zawsze na wszystko starczało czasu. Sąsiadom z za ściany odbierała maluchy z przedszkola. Innym znów z poddasza gotowała obiad, aby ich dzieci miały co jeść, gdy wrócą ze szkoły, nie raz dodając do cienkiej zupy kupiony przez siebie kawałek mięsa. Pani krawcowej mieszkającej naprzeciwko pomagała dokańczać szyte przez nią sukienki, koszule i spodnie, gdy ta chorowała (a niestety zdarzało się to bardzo często). Pieniądze za szycie były jedynym jej zarobkiem, więc babcia nie mogła zostawić jej w potrzebie. Tomek przyzwyczaił się do tych babci charytatywnych wyczynów, ale rodzice bardzo to potępiali.

          – Nie ma z tego żadnych pieniędzy, a czas zmarnowany – mówili. – Lepiej by mama zajęła się robieniem swetrów na drutach. Teraz rękodzieło jest w cenie. Zarobiłaby mama i kupiła sobie jakiś porządny ciuch, bo aż wstyd jak się mama ubiera. Emerytowana nauczycielka, a ubiera się jak kobieta do pracy w polu.

 

Babcia Tomka oczywiście nic sobie nie robiła z tego ich gadania, a Tomek bardzo lubił jej styl ubierania się. Babcię kochali wszyscy, dzieci i dorośli, a nawet grupa gimnazjalistów mieszkająca na sąsiednim podwórku. Oni też zawdzięczali babci Tomka pobyt w kolejnej klasie.

          Dzięki babci Tomek trochę umiał gotować, trochę szyć, a nade wszystko potrafił bawić się z dużo młodszymi od siebie dziećmi.

          To miało być pole działania Borutki. Jego plan jego był diablo prosty. Pani krawcowa z naprzeciwka idąc z zakupami poślizgnęła się na korytarzu na wyrzuconym przez Pawła ogryzku.

          Paweł akurat przechodził przez podwórko i Tomek zauważył go przez okno. Zawołał przyjaciela, bo chciał go namówić, aby trochę posiedzieli z babcią nad zadaniami z matematyki. Babcia miała dobry wpływ na Pawła i dlatego zwykle omijał jej podwórko z daleka. Nie lubił się uczyć, a nie potrafił odmówić Babci.

 

Sąsiadce, na szczęście, nic się nie stało, ale wypadły jej jajka z torby i rozbiły się na środku korytarza. To, co udało jej się pozbierać wrzuciła do woreczka i poszła do mieszkania po szmatę, aby wytrzeć resztki białka, które było bardzo niebezpieczne, bo niewidoczne. W tym samym momencie babcia usłyszała straszny krzyk piętro wyżej. Zobaczyła przez okno, że mama czwórki dzieciaków tam mieszkających dochodzi właśnie do śmietnika stojącego w drugim końcu podwórka. Wybiegła z mieszkania, aby zobaczyć, co się tam stało i jedną nogą trafiła w nieszczęsne białko, którego nie zdążyła jeszcze zetrzeć sąsiadka. Babcia zdążyła tylko krzyknąć i „poleciała” na betonową posadzkę. Gdy po 15 minutach otworzyła oczy zobaczyła nad sobą dobrze znajome twarze: Tomka z oczami pełnymi łez, zdziwionego Pawła, przerażoną krawcową i zatroskaną matkę czwórki niesfornych dzieciaków, która pochylała się nad nią i coś próbowała do niej mówić. Rozejrzała się wokoło i ledwo słyszalnym głosem wyszeptała.

          – Chyba nic mi nie jest, tylko strasznie boli mnie noga.

          – Nie martw się babciu. Wezwaliśmy pogotowie. Najważniejsze, że się obudziłaś – powiedział ze ściśniętym gardłem Tomek.

          – Nie martwcie się. Nie tak łatwo wysłać mnie na tamten świat. – odparła babcia, próbując uśmiechać się pomimo potwornego bólu nogi.

          Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Babcię zabrano do szpitala, włożono nogę w gips i pozostawiono na dwa dni na obserwację, czy nie doznała wstrząsu mózgu. Tomek przejął wszystkie obowiązki babci w całej kamienicy i nie miał czasu myśleć o klasówce z matematyki.

          Plany Borutki powiodły się wyśmienicie. Nie wiadomo tylko, dlaczego sam diabełek chodził smutny i nachmurzony. Nie tak to wszystko zaplanował. On sam również miał wielki sentyment do Babci. Nie chciał zrobić jej krzywdy. Miała tylko stłuc sobie nogę i przez tydzień utykać na nią. Niestety, w jego plan wmieszał się Ściągacz. Doszedł do wniosku, że Borutko, jako niedoświadczony młokos nie dopracował wszystkiego i należy trochę mu pomóc. Nie trzeba było długo czekać na efekty. Teraz Borutko żałował, że wpadł na ten pomysł. To miała być tylko niegroźna zabawa.

 

Patrzył z góry na zapracowanego Tomka i na jego przyjaciela, któremu się wiecznie nudziło. Paweł próbował wyciągnąć Tomka na boisko, ale ten nie miał nawet czasu, aby ugotować sobie coś do jedzenia. Paweł nie był złym chłopcem, ale nikt nigdy nie nauczył go, że powinien troszczyć się o innych. W domu miał wszystko, nie musiał o nic się martwić, nie miał żadnych innych obowiązków poza szkołą i strasznie się nudził. Podziwiał Tomka w duchu, ale przed innymi naśmiewał się z niego. Nie ukrywał tego nawet przed Tomkiem, mówiąc mu, że jest mięczakiem i lalusiem, bo tylko tacy nie myślą o sobie i ciągle komuś pomagają.

          Tomek nie miał czasu się nudzić. Biegł do szkoły, potem do babci, odbierał dzieci sąsiadów z przedszkola, a nawet próbował swych zdolności kulinarnych, gdy trzeba było ugotować obiad biednym dzieciom z poddasza, których mama pracowała od rana do nocy, aby mieli co do garnka włożyć. Robił zakupy sąsiadce, która dzięki temu mogła nadążyć z szyciem. A gdy przychodził wieczór nie miał nawet siły wrócić do domu i często zasypiał u babci, która po dwóch dniach wróciła do domu, lecz nie mogła ruszyć się z łóżka. Martwiła się o Tomka, ale ten żartował sobie z jej zmartwień i mówił, że czuje się jak dorosły mężczyzna, bo ma nie jeden, ale kilka domów na swojej głowie.

          Czas uciekał i Tomek nie zauważył, że pozostał mu jeden dzień do sprawdzianu z matematyki. Dopiero, gdy wieczorem pakował się do szkoły, zobaczył umieszczoną pod przezroczystą okładką zeszytu z matematyki przerażającą wiadomość: „Klasówka – powtórzenie od początku roku”. Padł na niego blady strach. Jaki to będzie wstyd przed panią z matematyki (Tomek był jej najlepszym uczniem), przed babcią, przed klasą, w której uchodził za mózg matematyczny. Zawsze dostawał trudniejsze zadania niż większość klasy i pisał najlepiej. Najbardziej jednak będzie wstydził się przed gimnazjalistami z sąsiedniego podwórka, dla których, pomimo, że był młodszy od nich, był autorytetem z matematyki. Potrafił zaciągnąć ich do Babci i rozwiązywać z nimi zadania z klasy szóstej, a czasami również z siódmej. Co robić? Tomek myślał intensywnie prawie pół godziny. Wiedział, że nie zdąży się nauczyć nawet przez całą noc. Zresztą nigdy nie uczył się nocą, ponieważ babcia mówiła, że taka nauka daje słabe efekty i szybko wszystko się zapomina. Człowiek na drugi dzień jest tak zmęczony, że nie potrafi nic wymyślić.

          Wtedy przypomniał mu się Paweł. Paweł zawsze z klasówki miał pozytywną ocenę nawet, jeśli była to tylko dwója. Dla niego i tak był to wielki sukces. Większość zadań ściągał i nie zawsze wiedział, co pisze. Gdy docierały do niego ściągi kompletne, to czasami udawało mu się nawet dostać czwórkę. Był bardzo sprytny i nigdy nie dał się złapać. Może by spróbować tak jak Paweł? Paweł jako dobry kolega na pewno zadbałby o to, aby do Tomka dotarły odpowiednie ściągi. Najpierw myślał o sobie z obrzydzeniem, nie potępiał Pawła, ale przecież on nie może oszukiwać. Im dłużej nad tym myślał tym wyrzuty sumienia były słabsze. Tylko ten jeden raz. Przecież to nie jego wina, że nie miał czasu się przygotować. Jednego nie mógł sobie zarzucić. Nie oskarżał nikogo o sytuację, w której się znalazł. Trochę uspokojony, że jakoś to będzie, poszedł spać.  

Dalej----->

 
bajki.com